Moje życie przed diagnozą było takie jak każdego młodego człowieka. Miałem 26 lat. Pracowałem, uprawiałem sport, spotykałem się ze znajomymi, fotografowałem, spełniałem się w kuchni, podróżowałem. Pewnego wrześniowego popołudnia miałem wrażenie, że wleciał mi do ucha jakiś owad. Próbowałem go wypłukać, ale bezskutecznie. Po dwóch dniach zaczęła się niedoczulica lewej części twarzy i problemy z widzeniem w lewym oku (częsty objaw sm). Udałem się do laryngologa, a potem do neurologa. Zlecono rezonans magnetyczny głowy. W oczekiwaniu na wynik przejrzałem internet i wyczytałem, że podobne objawy występują w sm. Pomyślałem, że to niemożliwe. Pojechałem odebrać wynik. Przeczytałem niezwłocznie opis. Panie w recepcji zapytały czy wiem co oznacza skrót sm.

Popłakałem się…

…bo wtedy myślałem, że to schorzenie, które szybko prowadzi do inwalidztwa. Od tej pory stałem się właścicielem przewlekłej, ciężkiej i nieuleczalnej choroby. Przez kolejnych sześć lat co roku miałem od dwóch do trzech rzutów. Prawie zawsze traciłem wzrok lub miałem niedowłady kończyn. Jak na to dzisiaj patrzę, to nie było to jednak takie straszne. Miałem rzuty, dostawałem sterydy i przechodziło. Oczywiście sterydy nie były obojętne dla organizmu i nabawiłem się osteoporozy, ale poradziłem sobie z nią. Po sześciu latach życia od rzutu do rzutu zmieniłem nawyki żywieniowe, a choroba została uśpiona na trzy lata. To były trzy lata oczekiwania czy będzie rzut czy nie, ale żyłem normalnie. Robiłem wszystko co przed chorobą oprócz sportu na taką skalę jak kiedyś. Pokochałem życie na nowo. Moja choroba po 10 latach przeszła w postać wtórnie postępującą. Mimo tego walczę i nie poddaję się. Prowadzę intensywną rehabilitację, suplementację i od lat zdrowo się odżywiam. I to wszystko z powodzeniem.

Jest we mnie wielka siła

…nie fizyczna, ale duchowa i ona pomaga mi w walce z chorobą i patrzeniem w przyszłość, która będzie taka jaką sobie wymarzyłem. W tej walce nie jestem sam, bo mam bliską rodzinę i przyjaciół, którzy życzą mi jak najlepiej, pomagają i wspierają. To moja największa siła. Spełniam się także w życiu. Z przyjacielem Rafałem, chorującym na raka, pracujemy dla wielu potrzebujących, borykających się z różnymi chorobami i tworzymy Pomorską Grupę Wsparcia przy Puckim Hospicjum dla chorych na raka, sm i inne ciężkie choroby. Zostałem również zaproszony do współtworzenia ogólnopolskiej kampanii "SM-walcz o siebie". Kampania ma na celu podnoszenie świadomości społeczeństwa na temat naszej choroby. Tegoroczny spot telewizyjny mówi o tym, że naszą wartość jako człowieka określa to, kim jesteśmy i co robimy, a nie to czy jeździmy na wózku, chodzimy o kulach, czy np. kręci nam się w głowie. Jak potrzebna jest to inicjatywa przekonałem się będąc wśród chorych na SM na rehabilitacji w Dąbku i widząc ich reakcję na spot kampanii. Były łzy, ale także odzew, że takie akcje są bardzo potrzebne, żeby zwrócić uwagę tych "na górze", że my też jesteśmy i skoro już chorujemy to chcemy chorować godnie. Chciałbym zaapelować do chorych nowo zdiagnozowanych i nie tylko, aby się nie poddawali i podjęli wyzwanie w chorobie, bo naprawdę można z nią normalnie funkcjonować, a SM to nie wyrok. Otaczać się dobrymi ludźmi z dobrą energią, ale też rehabilitować się jak najwięcej i nie zapominać o zdrowym odżywianiu. Żyjmy z SM w zgodzie ze sobą i róbmy to jak najlepiej, bo warto. Ja to robię i jestem szczęśliwy.