Do niedawna choroba kojarzyła się z problemami z poruszaniem się i wózkiem inwalidzkim, dzisiaj coraz częściej widzimy, że mimo diagnozy osoby z SM żyją normalnie. Na co dzień napotykają trudności, często już na etapie samej diagnozy choroby, bo na wizytę u neurologa czy rezonans magnetyczny w państwowej przychodni czeka się miesiącami. Do tego lekarze pierwszego kontaktu rzadko łączą fakty i potrafią nakierować pacjenta na diagnostykę pod kątem występowania SM. Tak było w przypadku Tadeusza Marczewskiego.

Prawie 12 lat temu przeszedłem zapalenie nerwu wzrokowego, co często jest uznawane za pierwszy rzut choroby. Ale wtedy nikt nie pomyślał, żeby badać mnie pod kątem SM, dlatego wyleczono mnie i odesłano do domu – mówi Tadeusz Marczewski. Diagnozę ostatecznie postawiono 10 lat później i to tylko głównie gdzie samej determinacji chorego, który nie zważał na to, że lekarze widząc go pomyślą, że jest hipochondrykiem. Mimo diagnozy, prowadzi aktywne życie, uprawia sporty i pracuje jako nauczyciel.

Choroba nie zmieniła też planów życiowych Katarzyny Lisewskiej, chociaż na początku diagnoza była dla niej ciężka do zaakceptowania, to jak zwykle postanowiła działać. W końcu, mimo wielu obaw, zdecydowała się na bycie mamą.

Myślę, że zdecydowałam się na macierzyństwo w momencie, kiedy nauczyłam się bardzo dobrze funkcjonować z chorobą, było to ok. 10 lat po postawieniu diagnozy – opowiada Katarzyna Lisewska. Chociaż stres związany z ciążą i porodem może powodować wystąpienie rzutów, to w tym przypadku okazało się, że po krótkim pogorszeniu stanu zdrowia udało się wrócić do normalnego funkcjonowania.

Pojawienie się dziecka daje tak ogromny ładunek szczęścia, optymizmu, zadowolenia, że nawet jeśli ciąży czy wychowaniu malucha towarzyszy stres i zmęczenie, to te pozytywne efekty są o wiele silniejsze – dodaje Katarzyna Lisewska.