e śmiertelną statystyką przegrywają nawet sławni i bogaci. Tak mówią liczby. Tak mówią media. Wielu lekarzy rozkłada bezradnie ręce, a pacjenci odpuszczają. Ja nie odpuściłam. Tam, gdzie system nie nadąża, pomagam sobie sama i dostaję wsparcie od wspaniałych ludzi. Skutecznie, bo – wbrew statystyce – żyję już piąty rok.

Nazywam się Katarzyna Chmielewska-Wojciechowska i wiem, że może się to wydawać niemożliwe, ale żyję już ponad cztery lata od momentu, gdy zdiagnozowano u mnie rozsiany nowotwór trzustki. Kiedy cztery lata temu usłyszałam diagnozę, wielu lekarzy nie dawało mi żadnych szans, radzili, bym załatwiła niezałatwione sprawy, położyła się do łóżka i… i właśnie, poddała się. Jeden ze znanych warszawskich profesorów, ordynator liczącej się kliniki onkologii, polecił mi spisać testament i zrobić testy genetyczne dziecku. Bardzo mnie tą opinią wkurzył. A ja postanowiłam, że zrobię inaczej, że zapukam do wszystkich zamkniętych drzwi i będę walczyć o każdy dzień życia. Dziś jestem bliska elitarnego grona 5 procent pacjentów, którzy od diagnozy żyją dłużej niż pięć lat (w onkologii pięcioletnie przeżycie uznaje się za moment wyleczenia).

Rak trzustki ma fatalne rokowania. Sześć miesięcy od diagnozy przeżywa zaledwie 15 procent pacjentów. Dlaczego ja wciąż żyję? Pewnie dlatego, że od dawna nie spoglądam w kierunku tej statystyki. Za to uważam, że zbyt często na tej czarnej statystyce polegają lekarze, którzy rezygnują z szukania skuteczniejszych terapii, a tym samym odbierają pacjentom nadzieję i wiarę w to, że chorobę można pokonać.

Jeszcze przed wizytą u wspomnianego wcześniej profesora, trochę ponad cztery lata temu, przeszłam operację usunięcia części trzustki. Otrzymałam kartkę z diagnozą „nowotwór złośliwy trzustki”. Wtedy dowiedziałam się, że jestem uznawana za chorą bez szans na przeżycie. W wymiarze medialnym i społecznym rak trzustki to wyjątkowy rodzaj nowotworu. Właściwie każda wzmianka na jego temat zaczyna się od listy znanych i sławnych, którzy przegrali z nim walkę. Nawet informacje o nowych terapiach w trzech czwartych składają się ze wstępu akcentującego, że ten rak zabił Steve'a Jobsa, a w Polsce Annę Przybylską.

Dla pacjentów i ich rodzin ta sytuacja jest bardzo trudna do udźwignięcia. Zwłaszcza, gdy onkolog rozkłada bezradnie ręce. W Polsce system leczenia nie jest nastawiony na zindywidualizowane terapię, tylko na stosowanie wystandaryzowanych procedur. W przypadku chorób rzadkich i trudnych, jak nowotwór trzustki, takie podejście nie działa. Ja szczęśliwie trafiłam na lekarkę, która działała niestandardowo. Dwa miesiące po pierwszej operacji pojawiły się u mnie przerzuty na wątrobie. Ta właśnie lekarka zdobyła nierefundowane wówczas w Polsce lekarstwo (zaledwie dwa lata później jeden ze standardów leczenia).

Po diagnozie, na którą czekałam ponad osiem miesięcy, zrozumiałam, że nie mogę zdać się jedynie na państwową służbę zdrowia. Żeby „poukładać sobie raka w głowie”, zgłosiłam się do fundacji psychoonkologicznej „Ogród Nadziei”. I nadzieję właśnie zaczęłam starannie w sobie pielęgnować. Jest ona filarem mojej siły i motywacji. Całe swoje myślenie przesterowałam na życie. Chciałam, żeby mój dwuletni wtedy synek mógł mieć wspomnienia radosnej mamy... W ogóle mamy. Zaczęłam myśleć o zdobyciu pieniędzy na dodatkowe leczenie. Opanowałam podstawy medycznej terminologii po angielsku i zaczęłam poszukiwania. W ich wyniku wyjechałam na terapię komórkami dendrytycznymi do Niemiec. Zaczęłam się interesować immunoterapią, bo dojrzałam w niej nowe onkologiczne otwarcie. Dbając o układ odpornościowy, zaczęłam biegać. Rozkręcałam się powoli, zaczęłam od kilkuset metrów, na ile pozwalał mi organizm. I jeszcze podczas chemioterapii przebiegłam pierwsze w życiu 10 kilometrów. Rok później weszłam na blisko czterotysięczny szczyt w Alpach (Grossglockner, 3798 n.p.m.). Aktywność fizyczna jest dla mnie bardzo ważnym elementem procesu zdrowienia. W Polsce część lekarzy wręcz zniechęca pacjentów do aktywnego życia. A jak pokazują badania, pacjenci aktywni, dbający o dietę, korzystający ze wsparcia psychologów lepiej odpowiadają na leczenie i żyją dłużej.

Życie z rakiem to nieustanne zarządzanie sytuacją kryzysową. Przeszłam łącznie pięć operacji, w tym doszczętne wycięcie trzustki. Daję radę aktywnie żyć z cukrzycą. Niestety, dla wielu chorych i ich rodzin to mentalne i niejednokrotnie finansowe przeszkody nie do pokonania. Brak im odpowiedniego wsparcia. Mnie udało się przetrwać wiele kryzysów dzięki pomocy wspaniałego męża, rodziny, przyjaciół, psychoonkologa, a także zupełnie obcych mi ludzi, wspierających moje leczenie poprzez Fundację Onkologiczną Nadzieja, której jestem podopieczną. Bo, niestety, leczenie ma bardzo ważny aspekt – aspekt finansowy. Wydaliśmy dotychczas około 300 tys. złotych. To cena, jaką trzeba zapłacić za bycie w 5 proc. ludzi, którym udało się przeżyć. I możliwość powiedzenia – „Moje marzenie to nie być jak Steve Jobs”! Dziś chciałabym wzniecić iskrę nadziei w sercach wszystkich onkologicznie chorych. Nie poddawajcie się! Niemożliwe czasem się udaje.