Angażuje się Pani w wiele kampanii związanych z nowotworami. Czy otwarte mówienie o chorobie to swoista psychoterapia?

Sądzę, że mówienie o chorobie dobrze służy zarówno choremu, który może podzielić  się z kimś bliskim, jak i ludziom, z którymi o tym rozmawia, bo to sygnał,  że trzeba się badać, a profilaktyka jest koniecznym warunkiem zdrowia. Dla chorych rozmowa z najbliższymi to rodzaj terapii, czasami nawet ważniejszy niż profesjonalna pomoc psychologiczna. Psychoonkologia rozwija się świetnie, lecz wciąż zbyt mało jest lekarzy. Dlatego bardzo ważnym elementem pomocy są Amazonki działające w całym kraju. Zawsze chętne do pomocy, a co istotne, najlepiej wiedzą jaką traumę przeżywa osoba zagubiona w całkiem dla niej nowym świecie, który nazwałam Archipelagiem Cancer. Wiele jest także pacjentek nie mających nikogo, kto chce ich wysłuchać. Znam przypadki kobiet, których mąż nie wiedział, że zachorowały. Udawały wyjazd, żeby nikt z rodziny się nie dowiedział. Strach przed opuszczeniem przez męża, czy partnera paraliżuje. Także lęk przed utratą kobiecości. Wysłuchałam wiele takich historii, dlatego uważam, że osoby znane, robią dobrą robotę, pokazując że można wrócić do normalnego życia. Na własnej skórze doświadczyłam brzemienia choroby, wiem ile warte było wsparcie bliskich osób, męża, syna, przyjaciół, ale także czytelniczek. Ilość wspierających mnie, przeszła moje oczekiwania. Dlatego uważam, że jestem coś winna, dużo dostałam, a więc chcę choć trochę oddać angażując się w działalność profilaktyczną.

Jak się Pani dowiedziała o chorobie? Co myśli Pani o świadomości Polek na temat profilaktyki raka piersi?

Współpracowałam od początku z Twoim STYLEM, który rozpoczął akcję „Różowej wstążki”. Byłam sekretarzem tego przedsięwzięcia. Powinnam mieć świadomość tego co może się przydarzyć kobiecie w pewnym wieku i badać się co roku. Niestety, wydawało mi się tak jak innym, że skoro nic nie boli, to znaczy, że jest w porządku. Jednak miałam szczęście w nieszczęściu, że mój guzek dawał się wyczuć podczas mycia. Bagatelizowałam to, że to po moich ćwiczeniach gimnastycznych, bo zawsze dbałam o sylwetkę. Moja przyjaciółka, której się zwierzyłam, natychmiast umówiła mnie z lekarką. Następnego dnia zrobiłam biopsję. Pani doktor powiedziała: Ma pani raka! Szok! W ciągu tygodnia zrobiłam badania, zapłaciłam za operację z pieniędzy odkładanych na czarną godzinę. Nigdy nie zadałam sobie pytania: Dlaczego ja? Znałam odpowiedź. Bo się nie badałaś, głupia kobieto! Okazało się, że guz był duży, jak mówiła pani doktor, musiałam hodować swojego raka co najmniej osiem lat. Wtedy dotarło do mnie, że jeśli pisarka, z wyższym wykształceniem, dużo czytająca, oglądająca telewizję, a na dodatek biorąca udział w propagowaniu profilaktyki, nie badała się NIGDY wcześniej, to świadomość innych kobiet musi być podobna, czyli żadna. To już się zmieniło. Lata mówienia o raku piersi, co roku w październiku dały wymierne efekty.

Co było dla Pani odskocznią w tym trudnym czasie?

Po operacji byłam w euforii, pozbyłam się drania. Dopiero chemioterapia dała mi w kość. Ładowanie sterydami, żeby wytrzymać, siedzenie z aparaturą z której godzinami wsączała się „malinka”, trucizna zabijająca raka, ale też zwalająca z nóg. Dwa dni po każdej chemii były leżące, pełne bólu. Potem podnosiłam się i pracowałam. Starałam się robić wszystko co do mnie należy. Pisałam, chodziłam do programów telewizyjnych w peruce. Włosy tak mi wychodziły, że poprosiłam męża, żeby ogolił mi głowę. Zrobił to i sam ogolił się „dla towarzystwa”. To było niesamowite! Trwało to pół roku, co trzy tygodnie miałam „sesję” chemiczną. Nie chciałam oszukiwać czytelniczek, a więc pięć felietonów było na temat choroby. Wtedy zgłaszały się masowo do Centrum Onkologii, mówiąc że przyszły, bo przeczytały felieton Kofty. Zrozumiałam, że to co robię ma sens, chociaż czułam się odarta z prywatności. Na ulicy, w sklepie ciągle ktoś życzył mi zdrowia, albo pytał do kogo się udać, bo ma problem. Chore, ich mężowie, także dzieci chorych przysyłały listy, maile z pytaniami. Zauważyłam wielki głód informacji, których brakowało. To mnie pocieszyło, dało pojęcie, że nie pisałam w próżnię. Zresztą to trwa do tej pory. Sama z siebie kpiłam, że stałam się „gwiazdą raka piersi”.

Październik jest miesiącem walki z rakiem piersi, jakie rady dałaby Pani kobietom, które wkrótce usłyszą diagnozę? Jak czuć się pełnowartościową kobietą po mastektomii?

Najgorsza wcale nie jest operacja. Jeśli kobieta zgłosi się wcześnie to usunięcie małego guzka jest raczej zabiegiem, nie ma chemioterapii, no i nie traci się piersi. Stąd wielka rola profilaktyki. Kobiety nie lubią mammografii. Wiem, bo mi mówią. Dlatego proszę, żeby badały się same, a przy okazji wizyty u ginekologa prosiły o zbadanie piersi, bo lekarze w większości wciąż tego nie robią. Także USG całkiem nieźle wykrywa guzki. Jeśli nie jest się w grupie ryzyka, nie ma w rodzinie przypadków raka, to taka profilaktyka wystarcza.

Jeśli chodzi o kobiecość po mastektomii, to nie miałam z tym w ogóle problemu. Może dlatego, że byłam już w takim wieku, że moje piersi się „zamortyzowały”. Tak powiedziałam kiedyś w wywiadzie telewizyjnym, i bardzo się to kobietom podobało. Wycięcie raka, nie powoduje wycięcia poczucia humoru. Kobiecość jest w głowie, w sposobie noszenia się. Oczywiście każdy woli być symetryczny, lepiej mieć pierś niż jej nie mieć. Jednak jeśli bardzo chcemy mieć, a straciłyśmy, to rekonstrukcja nam ją przywróci. Ja nie robiłam, bo wystarcza mi proteza. Często też kobiety pytały mnie, jak sobie radzić z seksem.  Są teraz świetne protezy, naprawdę piękna bielizna. Nawet nocne koszulki z kieszonkami na protezę. Staniki w różnych fasonach i kolorach nadające się na randki. Zauważyłam pewną prawidłowość, a mam wciąż do czynienia z wieloma chorymi, także po chemii. Otóż wszystkie te kobiety wyglądają po chorobie lepiej niż przed. Chyba bardziej cenią drugie życie, bardziej dbają o siebie, lepiej się ubierają, są dobrze ostrzyżone. Włosy często odrastają lepsze niż były. Nasza kobiecość jest w nas samych, nie jesteśmy jak filiżanka, której utłukło się uszko, a więc nadaje się do wyrzucenia. Nawet i ją można skleić, jeśli jest cenna. Mamy rozum, duszę, poczucie humoru, elegancję, jesteśmy kobietami po przejściach, może z większą wrażliwością na innych, którym możemy pomóc.