Od innych pacjentek dowiedziałam się, że dalsze leczenie będzie ustalone po otrzymaniu wyników histopatologicznych. Wcześniej nie słyszałam nawet o mammografii. Szybko zaczęłam przyswajać nowe pojęcia - mastektomia, chemioterapia, radioterapia.

Zaczęłam się buntować. Nie akceptowałam faktu, że w Polsce rak piersi był tabu. To bez sensu i prowadzi donikąd. Jeśli wziąć pod uwagę, że w wieku 39 lat nie wiedziałam, co to mammografia to trudno się dziwić temu buntowi.

Parę lat później dowiedziałam się, że rokowania są złe. Uratowało mnie pozytywne nastawienie i nietraktowanie choroby jako wyroku. Miałam świadomość, że o swojej sytuacji większość kobiet myśli właśnie w taki sposób. Od tej pory wiem, że nad chorymi paniami nie należy się rozczulać. Zwyczajne traktowanie pomaga trzymać się w karbach.

Bałam się jak to wszystko przeżyję. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że trzeba uwolnić myśli od złych emocji. Dobrym duszkiem okazał się dr Dariusz Godlewski z fundacji „Ludzie dla ludzi”, który zaproponował utworzenie filii Amazonek przy jego Fundacji. Optymizm zwyciężył, a zaangażowanie w organizację Klubu dodało mi skrzydeł. Wtedy najważniejsze było to, że najbliżsi byli całym sercem przy mnie – mama, mąż, przyjaciółki. Wszyscy stali za mną murem i wspierali w gorszych dniach po podaniu chemii. Na siedzibę wybrałam Klub Wioślarski „Tryton”, w którym trenowałam wioślarstwo. Warunki były skromne, ale najważniejsze, że były duże pomieszczenia i sala gimnastyczna. Przygotowywałam ulotki, rozmawiałam z dziennikarzami. Z czasem kierowanie stowarzyszeniem zaczęło pochłaniać coraz więcej pracy i stawiało przede mną coraz większe wyzwania. Zdarzało się, że wszystko szło bardzo opornie, ale krok po kroku pokonywałyśmy problemy. Działalność „Amazonek” była coraz bardziej widoczna, zwłaszcza na polu profilaktyki. To bardzo ważne, aby kobiety miały świadomość, że tylko one same mogą nie dopuścić do zaawansowanej choroby, że rak piersi to nie wyrok.

Wiara w ludzi pomogła. Nikt nie traktował mnie jak trędowatej. Ja sama nigdy nie pomyślałam, że jestem mniej atrakcyjna. Brak piersi nie odebrał mi poczucia wartości i kobiecości. Odwiedzając kobiety krótko po zabiegu w szpitalu starałam się wyglądać jak najładniej i ubierałam się dosyć odważnie, niekoniecznie w golfy czy szerokie suknie. Ich podziękowania za wsparcie ładowały moje akumulatory. Wiele z tych kobiet do dzisiaj aktywnie działa w gronie ochotniczek, szerząc ideę „Pomagając innym - pomagasz sobie”.