W listopadzie w wywiadzie dla tygodnia „Wprost” aktor potwierdził, 
że jest poważnie chory. Po pewnym czasie gruchnęła wiadomość, że chodzi o nowotwór.

Informacja o chorobie zbiegła się z promocją filmu „Habemus papam - mamy papieża”, w którym Jerzy Stuhr zagrał jedna z głównych ról. Dziennikarze podczas wywiadów dopytywali się też o zdrowie aktora. A artysta to zainteresowanie mediów wykorzystał aby pokazać ludziom, że z rakiem można walczyć i wygrać. Dzięki temu, że zdecydował się opowiedzieć o swojej chorobie pomógł Polakom ją oswoić. Zwłaszcza, że aktor zawsze podkreślał, że się nie poddaje, chociaż jest mu ciężko.

Przez okres trwania choroby aktor pisał też dziennik, który został opublikowany pt. „Tak sobie myślę”.

Ale myli się ten, kto myśli, że to książka zdominowana przez chorobę. W tym dzienniku aktor zapisywał swoje przemyślenia i obserwacje. Porusza wiele tematów – począwszy od rodziny, przez pracę, aż po bieżące wydarzenia, jak choćby awaryjne lądowanie kapitana Wrony. I oczywiście – kulturę.

Kilka miesięcy później, w kwietniu 2011 roku, w wywiadzie dla „Newsweeka” aktor ogłosił, że jest po ostatniej chemii i wraca do pracy. I od razu zaczął realizować nowe projekty. Między innymi brał udział w zdjęciach do filmu fabularnego, produkowanego przez telewizję RAI „Ultimo Papa Re” (Ostatni papież król) w reżyserii Luca Manfredi. W jednym z wywiadów aktor zdradził, że pisze również scenariusz do kolejnego filmu, który ma być życiorysem reprezentanta jego pokolenia. W lutym będzie też można oglądać Jerzego Stuhra na deskach Teatru Polonia w kultowym już monodramie „Kontrabasista”.

Powiedział Pan, że po pokonaniu choroby przyszedł czas na dzielenie się nadzieją. Dlaczego Pana zdaniem jest to tak ważne?

To proste. Aby pomóc wszystkim tym, którzy tę nadzieję tracą w obliczu choroby. Tak, by w sobie ją umacniali. Wydaje mi się, że jeżeli podzielę się swoimi doświadczeniami, pokaże się i powiem, że na razie mi się udało, to innym to pomoże.

Czy właśnie dlatego postanowił Pan mówić o chorobie, gdy jeszcze Pan był chory? By pomóc innym?

Gdy opowiedziałem o chorobie, odzew był ogromny. Było wiele głosów, że wsparłem ludzi cierpiących dlatego postanowiłem to kontynuować. Może to właśnie jest coś najpoważniejszego, co w życiu robię.

Co dla Pana oznaczała choroba?

Choroba nic nie oznacza. 
Ona dopada i koniec. Pierwsze myśli dotyczyły tego jak z niej wyjść. Niczego innego. Usilnie szukałem wyjścia. Podkreślam – wyjścia, bo nigdy nie miałem momentu, że chciałem się jej poddać.

A co podtrzymywało w Panu nadzieję? Wsparcie najbliższych?

To oczywiste, że najbliższe osoby chorowały razem ze mną. Dla bliskich to było bardzo ciężkie. Dziś moja żona bardziej odczuwa zmęczenie tym ostatnim rokiem niż ja. Jednak siłę aby walczyć trzeba znaleźć przede wszystkim w sobie. 
W chorobie jest się samotnym. Oczywiście, wszyscy ci pomagają ale tę zasadniczą walkę musisz stoczyć ty sam. Sam ze sobą.

Jak można sobie pomóc, by wygrać tę walkę i się nie poddać?

Co chwilę trzeba stawiać sobie jakieś cele. Najpierw małe, potem większe… Na miarę swoich sił. Ale zawsze musi być jakiś cel. Dziś zrobię to, jutro co innego. Dziś może pójdę do tej ławki w parku. Udało mi się. To jutro pójdę do następnej. A może uda mi się coś napisać, a może coś przeczytać… Proste rzeczy.

A potem jakie cele Pan sobie stawiał?

Wrócić do pracy. Najpierw do pracy w filmie, bo to łatwiej, potem w teatrze. Wyjechać, zrealizować, napisać… Dalej sobie stawiam cele.

Miał Pan moment załamania. Myślał Pan, że już ma Pan dość?

Nigdy! To jest częste pytanie. Nie było momentu, że pomyślałem: nie pokonam choroby. Wciąż ją pokonuję.

By to osiągnąć trzeba mieć w sobie wielką siłę. Wiele osób gdy dowiaduje się o chorobie lub po kolejnej chemioterapii traci wiarę. Gdzie szukać w sobie tej siły, by móc zmagać się z nowotworem?

To trudne pytanie. Wiele zależy od charakteru człowieka. Ja całe życie walczyłem. O wszystko. O pozycję, kolejną rolę, uznanie publiczności. I z chorobą też. A to już druga poważna choroba, którą pokonałem. To wszystko wyrabia taki charakter.

Czego nauczyła Pana choroba?

Przede wszystkim pokory. Świadomości, że za chwilę można umrzeć. Bo ze śmiercią też trzeba się pogodzić.

Skłania do rozliczenia się z życiem?

Nie rozliczenia, bardziej zastanowienia się czy się uczciwie żyło, czy nie. Ja sobie pomyślałem: W porządku. Uczciwie przeżyłem życie. Jak mnie śmierć dopadnie, to jestem na nią przygotowany. Właściwie książkę zaczynałem pisać jako testament.

Pan wciąż wygrywa z rakiem, nie wolno tracić nadziei?

Pokazuję, że można, a nawet trzeba wygrać. Trzeba żyć! Mnie się wydaje, że często ludzie chorzy zatracili wiarę w życie. A przecież to jest życie! Może być trochę utrudnione. Ja teraz też nie mam łatwego życia, i psychicznie, i fizycznie, chociaż wróciłem do pełnej sprawności. Ale ja chcę żyć. Cieszyć się każdym dniem. Wie Pani jak ja się cieszę jak się obudzę rano…