ak i kiedy dowiedziała się Pani o chorobie?

To był chyba listopad 2005 roku, kiedy lekarz powiedział, że podejrzewa u mnie coś poważnego. Wszystko zaczęło się od bólu lewej ręki. Chodziłam wtedy do drugiej klasy gimnazjum. Ból był tak silny, że nie pozwał mi podnosić jej do góry. Od lekarza dostałam skierowanie na rentgen. Na prześwietleniu coś było nie tak, więc trzeba było badanie powtórzyć. Z wynikiem natychmiast i bez kolejki dostałam się do chirurga, który kazał mi zaraz na drugi dzień przyjechać do szpitala. Stamtąd trafiłam do Instytutu Matki i Dziecka.

Co dla Pani oznaczała choroba?

W tamtym czasie chyba utrata możliwości normalnego życia. Dziś już tak nie myślę i kiedy ponownie o raku usłyszałam, po chwili złości potrafiłam się spiąć i zawalczyć o siebie. Pamiętam, kiedy dotarło do mnie, że mam raka. Leżałam w domu po chemii, i jak po każdej z nich miałam spadek parametrów krwi i powikłania. Wtedy to była grzybica jamy ustnej. Nie mogłam mówić, jeść... Mama zadzwoniła po pogotowie. Pani doktor spojrzała na mnie i rozmawiając z kimś przez telefon powiedziała: jest dziewczyna chora na raka. To we mnie strasznie uderzyło.

Rak został zdiagnozowany u pani dwukrotnie. Gdy choroba wróciła, co było najgorsze w usłyszeniu kolejnego wyroku?

Mówi się, że jeśli 5 lat po wyleczeniu, choroba nie powraca, to człowiek jest zdrowy. U mnie to się nie sprawdziło, bo ponowna diagnoza została postawiona sześć lat po pierwszej. Ja po tych pięciu latach po raz pierwszy odważyłam się użyć tego sformułowania i powiedzieć sobie na głos, że jestem już zdrowa , a kiedy to zrobiłam, ponownie wszystko sie wywróciło do góry nogami. To było trzy lata temu – raka zdiagnozowano przy okazji kolejnej wizyty kontrolnej. Przyjechałam. Wszyscy mówili, że świetnie wyglądam, że na pewno wszystko będzie dobrze, miałam dobre samopoczucie, opowiadałam o studiach. Zrobiłam wszystkie badania, czekałam na wyniki tomografii płuc, na które zawsze czeka się dłużej. Pielęgniarka poradziła, żeby jechać do domu i zadzwonić na drugi dzień. Byłam z mamą na zakupach i w ich trakcie zadzwoniła pani doktor, mówiąc, że muszę wracać, bo pojawiła się duża zmiana na płucu. Słysząc to poczułam ogromna złość, bo przecież to już wszystko było, a dziś muszę przechodzić przez to jeszcze raz. Po co?

Jak można sobie pomóc, by pokonać chorobę i się nie poddać?

Prowadzić zwyczajne życie przez cały ten czas, a przynajmniej się starać. Ja wiem, że znacznie łatwiej tak mówić a niżeli faktycznie tak żyć, ale to jedyna szansa, by sie nie poddać chorobie. Uczyłam się, pisałam pracę magisterką, miałam codzienne obowiązki, kontakty za znajomymi. Oczywiście, miewałam także trudniejsze chwile, cięższe myśli, które często odbiegały od tych pozytywnych, ale i z takimi musiałam się zmierzyć. Przepracować to wszystko sama ze sobą, by móc przejść przez chorobę z takim efektem. Dziś myślę, że jestem silniejsza o doświadczenia z tamtego czasu, które pozwoliły mi być właśnie taką osobą.

Pani wciąż wygrywa z rakiem, a teraz chce Pani przekazywać nadzieję dalej?

Hm... mi się póki co na razie udaje, i też nie do końca wiem czemu akurat tak się dzieje, ale jeśli trzy lata temu musiałam ponownie zachorować, by dziś robić właśnie takie rzeczy to ja jestem wdzięczna za ten czas. I czuję się wręcz w obowiązku swoje doświadczenie i swoją energię przekazywać dalej. Sama dokładnie pamiętam, że najbardziej w trakcie mojego leczenia brakowało mi kogoś, kto też to przeszedł, wyzdrowiał i się realizuje. Drugi pacjent musi mieć nadzieję, że on tego raka pokona. A chyba najlepszą motywacją jest drugi człowiek, któremu udało się to zrobić.