Zacznijmy chronologicznie. W jakich okolicznościach zakaził się Pan wirusem HCV i jak się Pan dowiedział o byciu chorym?

Moja historia nie odbiega od tego, w jaki sposób o swojej chorobie dowiedziała się większość chorych. Zdecydował przypadek. Zakażenie HCV jest bardzo niecharakterystyczne, można je łatwo pomylić choćby z grypą. Objawy, które występują jedynie u ok. 20 proc. chorych to przede wszystkim bóle kości, bóle mięśni i ogólne osłabienie organizmu. Pierwsi dwaj lekarze, do których zgłosiłem się po poradę, zbagatelizowali te symptomy. Nawet badanie krwi, w tym próby wątrobowe, miałem w normie. Dopiero trzeci lekarz zlecił badanie na wykrycie HCV, które dało wynik pozytywny. W moim przypadku między pierwszą wizytą u lekarza a ostatecznym rozpoznaniem minęły zaledwie 3 miesiące. Niestety, większość chorych nie jest tak dociekliwych i w ich przypadku choroba może potajemnie rozwijać się przez lata. Często zupełnie bezobjawowo, co jest szczególnie niebezpieczne.

Nie potrafię z całą pewnością odpowiedzieć na pytanie o okoliczności zakażenia. Prawdopodobnie miało to miejsce w jednym ze szpitali. Od dziecka dość często przebywałem w placówkach zdrowia, przechodziłem wiele zabiegów czy operacji. Słaby stan higieniczny szpitali, a także niska świadomość ryzyka zakażenia wśród lekarzy sprzyjały wówczas tego typu wypadkom. Obecne standardy praktycznie wyeliminowały możliwość szpitalnego zakażenia.

Jaka była Pana pierwsza myśl po usłyszeniu diagnozy?

Żadna. Absolutnie żadna. Nazwa HCV była dla mnie wtedy zupełnie obca, nie miałem pojęcia jak poważna może być ta choroba oraz jak może wyglądać jej leczenie. Zacząłem od wertowania Internetu i specjalistycznych książek, i w ten sposób stopniowo pogłębiałem swoją wiedzę. To był rok 2008, ogólna wiedza dotycząca tej choroby była w Polsce bardzo ograniczona, nawet wśród lekarzy. Wiele dały mi wizyty w Poradni Chorób Zakaźnych w Warszawie. Im więcej czytałem, tym miałem większą świadomość, że HCV to jeszcze nie wyrok. Powtarzające się przypadki całkowitego wyleczenia dały mi nadzieję, że i ja mam szansę. To był moment gdy poczułem, że jest sens walczyć.

Stosował Pan najpopularniejszą metodę leczenia, czyli terapię interferonem. Dlaczego okazała się ona nieskuteczna?

Jeszcze przed rozpoczęciem leczenia trzeba cierpliwie czekać na przejście wszystkich obowiązkowych procedur. Liczba pacjentów, którym państwo finansuje leczenie w danym momencie jest ograniczona. Ja na rozpoczęcie terapii czekałem 4 lata. Zacząłem od tradycyjnej metody, czyli od terapii dwulekowej, polegającej na przyjmowaniu interferonu oraz rybawiryny. Szacuje się, że w ciągu 48 tygodni przyjmowania zastrzyków interferonowych zdrowieje 40-60 proc. pacjentów. Niestety, w moim przypadku ta metoda okazała się nieskuteczna. Po 24 tygodniach, gdy mój organizm nie odpowiedział pozytywnie na leki – zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa Zdrowia – musiałem przerwać kurację interferonową.  Powodzenie tego leczenia zależy od wielu czynników, m.in. od genotypu wirusa, bo HCV ma kilka wariacji. Jak się okazało, ja musiałem szukać innej metody na pozbycie się wirusa.

Wtedy zdecydował się Pan na nieco eksperymentalne, ale jak się okazało skuteczne, leczenie. Jak duże było ryzyko powikłań, a jak duże szanse na wyleczenie?

Nowe leki to prawdziwy przełom w leczeniu HCV. Terapia trwa tylko 3 miesiące, nie jest obarczona praktycznie żadnymi skutkami ubocznymi i gwarantuje niemal stuprocentową skuteczność. Byłem świadomy pozytywnych wyników badań klinicznych nowych leków i robiłem wszystko, by być jednym z tych, którzy mogliby je zacząć przyjmować. To wymagało ode mnie dużego zaangażowania i jeżdżenia do specjalistycznych ośrodków w Warszawie, Wrocławiu i Mysłowicach i proszenia o możliwość testowania tych leków. Dzięki temu dostałem szansę na wyleczenie się.

W krótkim okresie ryzyko powikłań nie istniało – wiedziałem, że te leki nie powodują żadnych skutków ubocznych. Jedyną niewiadomą było to, jak się zachowa organizm w długim okresie. Natomiast prawdopodobieństwo wyleczenia było bliskie 100 proc.

Jakich rad udzieliłby Pan osobom, które dopiero poznają tę chorobę?

Przede wszystkim uspokajam, że HCV to nie wyrok. Dzięki rewolucji w leczeniu obecnie jest to choroba w pełni wyleczalna. Zachęcałbym także do pogłębiania wiedzy na temat tej choroby, gdyż nawet wśród lekarzy nadal nie jest ona zbyt dobrze znana. Przestrzegałbym jednocześnie przed czytaniem niesprawdzonych i niewiarygodnych informacji w Internecie – liczba bzdur powielanych przez różne fora czy „specjalistyczne” portale jest zatrważająca. To samo dotyczy diagnoz lekarzy pierwszego kontaktu, którzy popełniają skrajne błędy – albo w ogóle nie rozpoznają wirusa myląc go ze zwykłym przemęczeniem, albo straszą pacjentów powagą choroby.

Ponadto apeluję do wszystkich, którzy odczuwają przewlekłe objawy zwykłej grypy i długotrwałego przemęczenia o przebadanie się na obecność wirusa HCV. Im szybciej będzie on wykryty, tym łatwiej i mniej inwazyjnie będzie można go wyeliminować.

Swoją rozległą wiedzą dotyczącą choroby dzieli się Pan z innym zakażonymi poprzez swój blog hcvtoniewyrok.com. Czy teraz, gdy Pan jest już zdrowy, blog zniknie?

O pełnym sukcesie leczenia będziemy mówić po pełnych 3 miesiącach od zakończenia terapii. Wierzę jednak w to, że wirus już nigdy nie powróci.

Blog na pewno nie zniknie. Obiecałem to innym chorym. Blog przez lata pełnił funkcję swoistej terapii dla mnie, ale i był platformą, na której dzieliliśmy się wiedzą. Nadal będzie to miejsce, gdzie w przystępny sposób będzie można oddzielić fakty dotyczące HCV od mitów.