Panie Wiesławie, skąd wziął się pomysł na street art? Czy był to impuls, czy też może przemyślane działanie?

Impulsem był sam fakt zaistnienia tego co robię w przestrzeni miejskiej. Kilka lat temu przeczytałem w gazecie, że powstała Warszawska Sztuka Publiczna „Puszka”, organizacja non profit, w której dzisiaj jestem zresztą członkiem zarządu. Okazało się, że może tam zadzwonić każdy, kto interesuje się sztuką, czy też szeroko pojętym street artem, więc to zrobiłem. Spotkała się ze mną niezwykle sympatyczna dziewczyna - Agata, która była pozytywnie zaskoczona moimi zdjęciami murali z Berlina Wschodniego. Zachwyt nad tego rodzaju sztuką zawsze był ze mną i we mnie. Po tym spotkaniu zacząłem przesyłać swoje zdjęcia do „Puszki” i jeszcze bardziej mnie to wciągnęło.

A jak reagują twórcy street artu na Pana obecność w tym dość jednak specyficznym środowisku?

To ciekawe, bo prawie wszyscy, którzy ze mną rozmawiają zadają mi to pytanie, a ja sam nie mogę doszukać się jego istoty. Dlaczego? Przecież łatwo jest nawiązać z kimś kontakt – pójść, porozmawiać, powiedzieć o swoich pasjach. Młodzież, która ze mną rozmawia pewnie wyczuwa moje zainteresowanie, a ja z kolei jako gaduła zaczynam się nakręcać i pytać o znajomość różnych prac -  kto to malował, gdzie to malował, itp. Często przyznają: „Panie Wiesławie, wie Pan więcej od nas” i myślę, że darzą mnie pewnego rodzaju szacunkiem i są zadowoleni, że starszy Pan Wiesław „Sokole Oko” - bo tak mnie nazwali - interesuje się tym, archiwizuje wszystko i mówi o nich. W tym miejscu bardzo chciałbym podkreślić, że młodym trzeba stworzyć warunki. Jeżeli byłoby więcej takich przestrzeni jak np. mur przy Wyścigach, to moim zdaniem byłby większy spokój i porządek.

Od kiedy zmaga się Pan z Przewlekłą Obturacyjną Chorobą Płuc?

Minęło już chyba 20 lat. Mając firmę, w której byłem szefem i robiłem tak naprawdę wszystko, w pewnym momencie zauważyłem, że mam coraz większe problemy ze zwykłymi czynnościami. Tak jak „Puszkę” znalazłem w gazecie, tak również w gazecie znalazłem informację o badaniach kontrolnych dla palaczy i oczywiście poszedłem na nie. Badania spirometryczne ukazały, że powinienem podjąć leczenie i tak do teraz sobie z tym radzę. O czym jednak muszę wspomnieć to fakt, że jeszcze przez 6 lat paliłem później papierosy i teraz mogę powiedzieć każdemu: papierosy definitywnie trzeba rzucić i jeśli ktoś nie może tego zrobić, to należy podjąć wszelkie kroki, by sobie z tym poradzić, jak choćby skorzystać z psychoterapii. Mam do siebie ogromny żal o to, że jeszcze kilka lat po diagnozie paliłem papierosy – to straszna głupota. Dzisiaj radzę sobie dzięki lekom, ale stawiam również na ruch, którego mi nie brakuje. Obecnie biorę antybiotyki – kolejny już raz w dość krótkim czasie i muszę szczególnie uważać, zatem nie wychodzę z domu. Najbardziej brakuje mi właśnie tego wychodzenia, zwłaszcza gdy widzę w Internecie jak wiele się dzieje. Na szczęście mam to wszystko dobrze zorganizowane. Moja żona powiedziała, że dzisiaj to ona pójdzie zrobić zdjęcia, a ja odnajduję wiele kontaktów przez Internet, jak choćby niedawno z Panem Grzegorzem z Łodzi powiązanym z organizacją Urban Forms.

A co Pan, jako Wiesław „Sokole Oko” poradziłby osobie, u której właśnie zdiagnozowano POChP?

Powiedziałbym, że zaraz przyjedzie wnuczek, który zabierze nas samochodem na Forty Bema, a ja pokażę tej osobie wspaniałe murale i graffiti. To nie jest żart. Wyciągnąć tam człowieka to jak cudowna przechadzka po parku. W związku z chorobą były momenty, kiedy np. siedząc na działce robiłem sobie zawody, brałem aparat i przeszedłem tylko 20 metrów. Teraz są momenty, gdy chodzę nawet 100 lub 150 metrów, a to nie jest łatwe, gdyż choroba wiąże się z zanikiem mięśni, zatem podnosząc aparat jest mi czasami ciężko, ale przynajmniej wiem, że coś robię. Nie usiądę i nie będę płakał, bo to bez sensu. Dopóki mam 2 szare komórki, to nie ma mowy, abym się poddał. Idę do przodu i koniec!

A jakie jest Pana największe marzenie? Co chciałby Pan jeszcze zrobić, osiągnąć?

Największy skarb i radość to trójka moich wnucząt, a najbardziej brakuje mi zwiedzania. Na szczęście w tej chwili można zobaczyć wiele wirtualnie. Jedno marzenie niedawno mi uciekło – bardzo chciałem zdobyć podpis prof Fangora, który niedawno umarł. W latach 80-tych zaprojektował on ceramiczne mozaiki, które są na dworcu Śródmieście, a które mam sfotografowane. Teraz na stacjach metra również są prace prof. Fangora, a jeszcze niedawno miał być wernisaż profesora, no ale już nie zdążyłem go poznać, gdyż odszedł od nas. Wspaniałe, niedawno zrealizowane marzenie, to podpis Tomasza Sętowskiego, który tworzy piękne, baśniowe obrazy, ale też murale. Pewnego dnia mój syn powiedział: „Tato! Jak tak bardzo chcesz, to jedziemy!” I pojechaliśmy do Częstochowy, do Pana Sętowskiego do Muzeum Wyobraźni. Mam podpis tego Pana, zobaczyłem jego prace, mam z nim zdjęcie. Marzenia, jak widać się spełniają. To była dla mnie bajka.