Joanna Jabłczyńska
Aktorka, prawniczka i prezenterka. Znana z wieloletniej pracy w polskich mediach i serialach, łączy działalność artystyczną z karierą prawniczą.
Kiedyś sport traktowała jako test granic swojego organizmu i sposób na ucieczkę od trudnych emocji. Dziś dużo uważniej wsłuchuje się w potrzeby swojego ciała. Joanna Jabłczyńska przyznaje, że choć życie na wsi uczy ją zwalniać tempo, nie umie odpoczywać na kanapie.
Sport jest ważną częścią pani życia. Co, poza dobrą formą, daje pani regularny ruch?
Sport zawsze mi się sprawdzał, jeżeli miałam jakiś problem do rozwiązania. Siedziałam z czymś, siedziałam, nie mogłam ruszyć, a jak poszłam pobiegać czy pojechałam nawet na chwilę na rower, nagle wszystko stawało się bardzo proste, jasne i znajdowałam wyjście nawet z trudnych sytuacji.
Myślę, że swego czasu sport zastępował mi terapię, którą pewnie powinnam wtedy przejść. Dlatego podchodziłam do niego w taki bardzo ekstremalny sposób. I zawsze mi było mało, sprawdzałam granice swojego ciała. W pewnym momencie ten sport był dla mnie ucieczką. Jak sobie nie radziłam ze swoimi emocjami, z tym, co się działo w moim życiu, to zamiast poszukać w sobie odpowiedzi, zamiast skorzystać z pomocy psychologa, wolałam wygrywać. Czasami jednak te problemy mnie na tyle gdzieś przerastały, że dochodziłam do ekstremum. Absolutnie nie słuchałam wtedy swojego ciała i tego, że chce odpocząć, że jest zmęczone, że to za dużo.
Teraz zdecydowanie to się zmieniło. Zaczęłam traktować sport jako sposób na wyciszenie, wyrzucenie złych emocji, jako coś, co po prostu mnie uspokaja i pozwala mi wrócić do siebie. Na etapie życia, na którym obecnie jestem, to jest też taki moment do przemyśleń, do posłuchania nie tylko swojego ciała, ale i duszy. Trening jest teraz dla mnie takim rodzajem medytacji. Czasami lubię się porządnie zmęczyć, ale wybieram taką formę ruchu, która będzie dla mojego ciała przyjemna.

Co sprawiło, że zaczęła pani inaczej traktować swoje ciało i aktywność fizyczną?
W pewnym momencie bardzo intensywnie pracowałam. Miałam pracę swoich marzeń w funduszu inwestycyjnym, ale wiązało się to z ogromnym obciążeniem psychicznym i nieregularnym trybem życia.
Wtedy właśnie mój organizm powiedział „pas”. Okazało się, że mam niedoczynność tarczycy i Hashimoto. Fakt, że jest to nieuleczalna choroba, na którą mocno wpływają stres i tryb życia, pokazał mi, że muszę zwolnić. Wtedy zrezygnowałam z tej pracy i wrzuciłam chociaż trochę na luz.
Co zmieniło się w pani podejściu do swojego organizmu?
Przede wszystkim zadbałam o sen. Nie kładę się później niż o 21.00, bo lubię wcześnie wstawać i czuję, że to mi służy.
Bardziej szanuję swoje ciało. Odpuszczam i nie dociskam. Zwracam dużą uwagę na to, co jem. A jem dużo. Staram się nie doprowadzać do tego, żebym była głodna. Nie zamawiam cateringów i bardzo nie lubię jeść poza domem – nie chcę jeść rzeczy, których sama nie przygotuję.
Staram się wybierać produkty sezonowe i wracać do korzeni, do tego, co nasze. Dlatego wybieram owoce i warzywa lokalne. Kupuję na targu u zaprzyjaźnionych sprzedawców. Zdarza mi się wędzić własne wędliny czy robić przetwory. Nigdy nie jem śmieciowego jedzenia.
Mam też taki swój mały rytuał. Piję ciepłą wodę z imbirem. W ogóle piję dużo wody.
Czy umie pani odpoczywać bez poczucia winy?
Ciężko mi nie robić zupełnie nic, ale szukam kontaktu z naturą. To jest dla mnie wyciszające: prace w ogrodzie, sprzątanie u kur czy wyjście z psami do lasu. Mam wtedy poczucie, że coś zrobiłam, więc czuję się usprawiedliwiona. W mojej głowie jest taki kat, który nade mnie stoi i pilnuje, żeby wszyscy byli zadowoleni… Nie czuję na razie potrzeby takiego zupełnego leżenia i nicnierobienia. Mam nadzieję, że kiedyś do tego dojdę.

Mieszka pani na wsi, z dala od stolicy. To miejsce pomaga pani zwolnić?
Warszawa narzuca ogromne tempo i presję. Są korki, wszyscy trąbią, jest strasznie dużo ludzi i mam wrażenie, że każdy gdzieś biegnie. Mimo to, gdy przyjeżdżam tutaj na wieś, w oczach moich sąsiadów to ja jestem tą wariatką, która ciągle coś robi, ciągle gdzieś biegnie. Oni pracują w ogrodzie, chodzą do lasu, odwiedzają się. Oni są po prostu guru slow life (śmiech).
Na pewno to miejsce mnie wycisza i uspokaja, choć ten rok jest dla mnie taki przejściowy: remontuję dom, planuję ogród. Poza tym, akurat ostatnio zostałam wciągnięta w jakiś szalony wir w przestrzeni medialnej, przez co zupełnie nie miałam czasu na regenerację. Więc ten moment nie jest najlepszy na to, żebym powiedziała, że ja „umiem w slow life” (śmiech). Ja się dopiero uczę.
Co dziś daje pani poczucie, że jest pani w dobrym miejscu?
Mieszkam w tak pięknym miejscu, że każda pora roku jest tu przecudowna i na każdą z jakiegoś powodu czekam. I nawet kiedy jest plucha za oknem, jest mniej słońca, to cieszę się, że mam cudowny kominek, stary kaflowy piec w stodole.
Zbawieniem są moi przyjaciele. Teraz miałam dla nich mniej czasu, ale zamierzam to zmienić, żeby mój dom znów tętnił życiem.
Poza tym, lubię swoją pracę. Czasami mam jej po prostu za dużo, ale wydaje mi się, że robienie tego, co się lubi, to najlepszy sposób na to, żeby być zadowolonym z życia.