Marcin Bułka
Po wielu błędach przekształciłem tę moją piętę achillesową, jaką jest cukrzyca, w siłę – mówi utytułowany bramkarz. Jako nastolatek usłyszał, że musi zapomnieć o zawodowym sporcie. Dziś udowadnia, że cukrzyca nie musi przekreślać marzeń – ale trzeba ją kontrolować jak rywala na boisku.
Szacowany czas czytania: 6 minut
Jaka była pana droga do diagnozy cukrzycy typu 1?
Jako 14-latek zauważyłem u siebie niepokojące objawy: bardzo dużo piłem, często oddawałem mocz, byłem senny. To wszystko coraz mocniej kolidowało z wyczynowym uprawianiem sportu. Na treningu musiałem nawet dwa–cztery razy wychodzić do łazienki. Bardzo schudłem. Przy wzroście 1,92 m spadłem z wagi do ok. 62 kg. W końcu wpisałem te objawy w Google i wszystko wskazywało na cukrzycę. Potwierdzenie tego u lekarza było już tylko formalnością. W gabinecie zmierzono mi cukier glukometrem. Okazało się, że wynosił 600 (u zdrowej osoby, po posiłku, to maksymalnie 120–140 mg/dl – red.).
Wiedział pan, że choroba jest nieuleczalna. Jak pan się z tym czuł?
Żeby nauczyć się żyć z cukrzycą, trafiłem do szpitala na edukację diabetologiczną. Lekarz prowadzący powiedział, że o sporcie profesjonalnym mogę zapomnieć. To był dla mnie taki duży cios. Nie dość, że przerosło mnie widmo choroby, która odebrała spontaniczność życia: wymagała pilnowania diety, zastrzyków, kłucia się w palce, to w dodatku chciała odebrać marzenia, które miałem od dziecka. Czułem bezsilność. Ze łzami w oczach wyszedłem z gabinetu. Świat mi się zawalił w tamtym momencie. Błagałem mamę, żeby jeszcze poradzić się kogoś innego. To zresztą ona przekonywała mnie, bo dużo czytała na ten temat, że z odpowiednią opieką da się uprawiać sport. Zainspirowałem się Michałem Jelińskim, wioślarzem chorym na cukrzycę, który zdobył nawet złoto olimpijskie. Stał się moim idolem i motorem, który mnie napędzał. Dwa i pół, może trzy lata od diagnozy poleciałem do Londynu, aby potwierdzić swój profesjonalny kontrakt.
A czy zdarzały się trudne momenty?
Oczywiście – dwa razy w nowych klubach straciłem przytomność. Jako 16-latek mieszkałem w Londynie w rodzinie zastępczej (tzw. host family). Wróciłem z ciężkiego treningu i podałem sobie insulinę. Inni zawodnicy zeszli na kolację, a ponieważ nie odpowiadałem na wołanie, uznano, że może nie jestem głodny. W końcu ta pani z rodziny zastępczej zaniepokoiła się. Weszła do pokoju. Zobaczyła, że nieprzytomny leżę na mokrym łóżku, bo przy niskim cukrze człowieka oblewają zimne poty. Zadzwoniła po karetkę i podali mi zastrzyk z glukagonem, żeby mnie wybudzić. Być może gdyby nie jej reakcja, to już by mnie nie było na tym świecie.

Gdy miałem 15 lat, we Włoszech robiono mi test na hemoglobinę glikowaną. Ponieważ moja średnia z trzech miesięcy była zaburzona, co oznaczało złą kontrolę choroby, klub Udinese, będący w ekstraklasie, nie zgodził się mnie przyjąć. Dla mnie to była kolejna sytuacja, która zdawała się potwierdzać słowa lekarza, że ten sport nie jest dla mnie. I wtedy prezes mojego klubu, Escoli Varsovia, Wiesław Wilczyński powiedział, że zabierze mnie do superspecjalisty, ogarniemy ten cukier i spróbuję jeszcze raz.
Czego jako sportowca nauczyło pana życie z cukrzycą?
Po wielu błędach przekształciłem tę moją piętę achillesową, jaką jest cukrzyca, w siłę. Często musiałem odmawiać sobie pewnych rzeczy, ale dzięki temu moja kariera na tym zyskała i stałem się zdyscyplinowany. Choroba trzymała mnie w ryzach. Pracowałem ciężko, jednocześnie badałem się i leczyłem tak, jak trzeba, co zaowocowało angażem w Chelsea London. Jako 16-latek miałem już też propozycję kontraktu w FC Barcelonie. Wtedy urosłem w siłę i udowodniłem sobie, że mogę.
Jak codzienne wyzwania związane z chorobą wpływają na przygotowanie do treningów i meczów?
Dzisiaj pracuję z dietetykiem, mam swojego kucharza, jestem pod stałą opieką lekarzy w klubie. Dzięki temu, że mam wokół siebie rząd specjalistów, mogę skupiać się na piłce. To na pewno jest dużo łatwiejsze niż dawniej, ale żeby takie było, musiałem przejść wiele trudów. W młodym wieku, nie mając jeszcze takich możliwości finansowych i życiowego doświadczenia, musiałem sobie jakoś z tym radzić. Dzisiaj lepiej znam swój organizm. Czas też grał na moją korzyść, bo medycyna idzie cały czas do przodu, więc te ograniczenia są coraz mniejsze.
Jakie rady ma pan dla młodych sportowców, którzy również żyją z cukrzycą typu 1 i chcieliby rozwijać swoją karierę?
Trudno udzielać rad. Mogę powiedzieć, co zawsze powtarzałem sobie: OK, mam cukrzycę, ale nie zmienię tego. Poza tym zawsze mogło być gorzej. Są przecież choroby, które wykluczają ze sportu.
Nigdy nie lubiłem grać ofiary i nie potrafię przegrywać. Jeżeli wyznaczę sobie jakiś cel, to trudno mnie złamać, a cukrzyca na pewno nie była tą chorobą, która mogłaby mnie pokonać. Czerpię radość ze swojej kariery i z życia, tak jak zdrowy człowiek. Cukrzyca to przeszkoda, ale dziś jak najbardziej do przeskoczenia. Jeżeli chcesz i potrafisz się zmobilizować, to zrównasz ją z ziemią.